Dawno temu, gdy dolinę Wisłoki spowijały nieprzebyte lasy Puszczy Sandomierskiej, a pośród ciemnych borów ciągnęły się mokradła i bagna, mało kto odważał się zapuszczać w te strony. Ludzie mawiali, że ziemia ta należy bardziej do dawnych bogów niż do człowieka. Jedynie kupcy i wędrowcy podążali starym traktem biegnącym doliną Wisłoki, lecz czynili to z lękiem i modlitwą na ustach.
Pośród tych dzikich ostępów wznosiło się wzgórze zwane dziś Spaloną Górą. U jego stóp biło źródło czystej wody, chłodnej niczym srebro o świcie. Lud prosty wierzył, że źródło owo zostało pobłogosławione przez samego Peruna, dawnego słowiańskiego boga, pana gromów, błyskawic i niebios. Gdy nad puszczą szalały burze, a pioruny rozdzierały ciemność, mieszkańcy mówili szeptem: – to Perun przemawia! To Perun gniew swój okazuje!
Na wzgórzu rosły potężne dęby, stare jak świat. W ich cieniu płonął święty ogień, którego pilnowali kapłani dawnych bogów. W noc przesilenia schodzili się tam ludzie z okolicznych osad. Kobiety przynosiły zioła i chleb, wojowie składali dary ze zwierzyny, a starcy modlili się o urodzaj, zdrowie i ochronę przed wojną.
W owych czasach las ten był ciemny, rzeki zdradliwe, a świat pełen niebezpieczeństw, ludzie wierzyli mocno w znaki i moce nadprzyrodzone. Mówiono nawet, że nocami nad wzgórzem pojawiały się błękitne ognie, a wśród dębów można było ujrzeć cień brodatego wojownika dzierżącego płonący topór.
Lasy te skrywały jednak nie tylko dawne wierzenia i tajemnicze znaki. Od pokoleń opowiadano również o zbójniku, którego imię do dziś przetrwało w miejscowych opowieściach. Miał on ukrywać się niedaleko rzeki Ostra, dopływu Wisłoki, gdzie znajdowało się miejsce zwane Kocim Zamkiem.
Do dziś starsi mieszkańcy pokazują tamte okolice i mówią: „O, tam siedział Kot, rozbójnik straszliwy!”. Legenda głosi, iż był to rycerz wygnaniec, który napadał na kupców ciągnących dawnym traktem biegnącym przez puszczę. Mawiano, że znał sekrety lasu i potrafił znikać w mroku niczym kot, stąd właśnie miał wziąć się jego przydomek. Jedni twierdzili, że służył Perunowi, inni zaś, że sprzyjały mu dawne moce ukryte w puszczy, bagnach i leśnych ostępach.
Nadchodził czas wielkich przemian. Stary świat bogów, duchów i leśnych demonów miał wkrótce zetknąć się z nową wiarą przybywającą od zachodu skąd przybyli wojowie księcia Świętopełka z Wielkich Moraw, a wraz z nimi kapłani nowej wiary. Nie nieśli oni drewnianych posągów ni krwawych ofiar, lecz krzyże i księgi zapisane dziwnymi znakami. Głosili jednego Boga, który miłuje ludzi i nakazuje żyć w pokoju. Lud słuchał ich z trwogą. – Jakże to? – pytali starcy. – Czyż Perun utracił moc? Kapłani odpowiadali spokojnie: – Prawdziwy Bóg nie żąda strachu. Przynosi światłość.
Wieść o nowej wierze rozeszła się po całej okolicy. Coraz więcej ludzi przyjmowało chrzest, a dawne miejsca kultu pustoszały. W końcu wojowie dotarli także pod święte wzgórze Peruna. Gdy stanęli pośród dębów, niebo nagle pociemniało. Zerwał się wiatr, a nad puszczą rozległ się huk tak potężny, że ziemia zadrżała. Ludzie padali na kolana, wołając: – Perun się gniewa! Perun się gniewa!
Lecz wojowie nie ustąpili. Ścięli święty dąb, rozbili drewniane ogrodzenie i ugasili ogień płonący tam od niepamiętnych czasów. Wtedy piorun uderzył w sam szczyt wzgórza, a płomienie objęły trawę i las. Ogień płonął trzy dni i trzy noce.
Jedni mówili, że był to gniew Peruna. Inni, że znak nowego Boga, który chciał zakończyć czas dawnych wierzeń. Kiedy płomienie wygasły, wzgórze było czarne i spalone. Od tej chwili ludzie zaczęli nazywać je Palaną Gerą, a później Spaloną Górą.
Nie wszyscy jednak wyrzekli się dawnych bogów. Jeszcze długo nocami na wzgórzu pojawiały się tajemnicze światła. Szeptano, że starzy kapłani wracają tam potajemnie i rozpalają ogień dla Peruna. Ale z każdym rokiem było ich coraz mniej.
Wkrótce nieopodal, na wzniesieniu położonym w dolinie rzeki Ostrej, zwanym Cerekwią, osiedlili się misjonarze nowej wiary. To oni mieli wznieść pierwsze miejsce modlitwy i nauczać ludzi słowiańskiej liturgii świętego Metodego. Chorzy przychodzili do nich po pomoc, biedni po wsparcie, a dzieci uczyły się nowych modlitw.
Legenda jednak mówi, że Perun nigdy całkiem nie opuścił tych ziem. Podobno przez wiele wieków nad Latoszynem wybuchały pożary i nieszczęścia. Niejeden raz ogień trawił okolice zdroju u stóp Palanej Gery, a starsi ludzie szeptali po kątach: – To kara Peruna… za zapomnienie dawnych bogów. Mawiano także, że grom szczególnie często uderzał tam, gdzie kobiety kąpały się w leczniczych wodach bez należytego szacunku dla świętego miejsca. Jeszcze podobno w niedawnych czasach, gdy nad doliną Wisłoki zbierały się burzowe chmury, a pioruny rozświetlały niebo nad Spaloną Górą, najstarsi mieszkańcy Latoszyna czynili znak krzyża i mówili półgłosem: – Perun jeszcze przypomina o sobie… lecz ziemia ta należy już do nowego Boga.
Opisane legendy zostały zebrane na podstawie różnych źródeł, przede wszystkim lokalnej tradycji ustnej oraz publikacji dotyczących dziejów Latoszyna i okolic, w tym opracowań autorstwa Karola Ozgi.
